101. Pewnego razu mężczyzna…
Pewnego razu mężczyzna, który zawsze wysyłał mi list po spędzeniu ze mną nocy, oświadczył, że nasz związek nie ma sensu i że nie ma mi nic więcej do powiedzenia. Następnego dnia nic już od niego nie usłyszałam.
“Gdy nastał świt” (***Shonagon odnosi sie tu do jakiegoś antycznego wiersza**) bez zwyczajowego porannego listu nie mogłam uniknąć pewnego rodzaju melancholii. W miarę jak upływał dzień mówiłam sobie “Cóż, rzeczywiście powiedział już wszystko co miał do powiedzenia”
Następnego dnia padał silny deszcz. Do południa w dalszym ciągu nie miałam od niego żadnej wiadomości. Najwyraźniej już na mnie nie zważał. Pod wieczór, gdy siedziałam na skraju galerii, pojawił się chłopiec z rozpostartym parasolem w jednej a listem w drugiej ręce. Pośpiesznie przyjęłam i przeczytałam owo pismo, którego treść brzmiała:
“Deszcz, wraz z którym wznoszą się wody” (**porównanie miłości do wody, której poziom zwiększa się wraz z opadami deszczu**)
Było to dla mnie bardziej zachwycające niż gdyby wysłał mi tysiąc innych wierszy.